Nowa Zelandia – pierwsze wrażenia z podróży na koniec Świata

„I jak, czułaś, że to jest drugi koniec świata?” – takie pytanie zadali mi wszyscy, gdy wróciliśmy z Nowej Zelandii.

Ja sama je sobie zadałam, gdy wylądowaliśmy i niczym krety wypełznęliśmy po 30 godzinach podróży z lotniska na Boży świat. Powitał nas pomnik krasnoluda z „Władcy Pierścieni” (chwyt reklamowy – podobno olbrzymi procent turystów postanowiło przyjechać do Nowej Zelandii po obejrzeniu filmu Petera Jacksona). Znajdowaliśmy się oto na zupełnie przeciwnej stronie kuli ziemskiej, zarówno z punktu widzenia południkowego, jak i równoleżnikowego. Czy fakt, że zamiast dnia jest noc, a zamiast wiosny jesień, jest wystarczająco egzotyczny, czy może jest coś specyficznego w powietrzu, w roślinności?

Pierwszą rzeczą, którą robimy po wylądowaniu, jest zakupienie adaptera do nowych gniazdek elektrycznych, odebranie samochodu i nauczenie się automatycznej skrzyni biegów oraz jazdy po lewej stronie drogi – ale żeby tego doświadczyć, wystarczyłoby skoczyć do Anglików, po drugiej stronie La Manche. W Nowej Zelandii jednak, nasze mózgi są totalnie zjetlagowane i trudniej im się uczy – spędziliśmy 32 godziny wśród chińskich zupek (dziękujemy, China Southern Airlines), śpiąc we wszystkich możliwych pozycjach, jakie tylko można przyjąć w samolocie (klasa ekonomiczna) i teraz zamiast wrzucić kierunkowskaz uruchamiamy wycieraczki, na rondach wpadamy w panikę, bo wszyscy skręcają w lewo, a gdy chcemy zwolnić, macamy prawą ręką gdzieś po drzwiach, w poszukiwaniu skrzyni biegów, a tam pustka…

Jedziemy w kierunku półwyspu Coromandel. Droga, z prędkością dwudziestu zakrętów na kilometr, przedziera się przez subtropikalny, zbity gąszcz. Wszędzie rosną wielkie paprocie, jak z filmów o dinozaurach, asfalt usłany powgniatanymi w drogę bliżej niezidentyfikowanymi zwierzątkami futerkowymi. 2 kilometry od Hahei bierzemy na stopa długowłosego jegomościa, któremu się zepsuł klapek z prawej nogi. Polecił mam sympatyczny kemping – bierzemy pokój, bo po całej tej podróży uznajemy, że należy nam się odrobina luksusu.

roslinnosc Nowa Zelandia

Poza tym, że pogoda jest zdecydowanie lepsza niż to, co zostawiliśmy na lotnisku w Paryżu i że roślinność odbiega od tego, co rośnie u nas w ogródku pod domem – nie czuć nic takiego strasznie innego. No może poza błogim uczuciem, że naprawdę jesteśmy na wakacjach. Poszliśmy na plażę tuż za kempingiem. Była dokładnie taka, jak te które biura podróży pokazują w folderach, frustrując ludzi w zimowe, biurowe poniedziałki: niebieska, ciepła woda, odbijająca się z cichym „szuuu” o jasny, drobny pasek, słoneczne niebo, w oddali zielone wysepki o stromych zboczach… Nie byliśmy przygotowani na takie okoliczności przyrody – przed wyjazdem nastraszono nas, że jesień, zimno, deszcz, ktoś tam w marcu miał już nawet śnieg. W związku z tym, tuż przed wyjazdem wyrzuciłam z plecaka koszulki z krótkim rękawem – idiotyzm, jakby to koszulki zajmowały najwięcej miejsca w bagażu. Teraz więc podwijamy nogawki i rękawy i idziemy w teren. Wyczytałam gdzieś, że aby poradzić sobie z jetlagiem, trzeba się zmusić do wytrwania w stanie przebudzonym aż do zapadnięcia zmroku. Najlepiej wystawić się na promieniowanie słoneczne, wtedy nasz organizm łatwiej zrozumie, że jest jeszcze dzień i że nie powinien spać. Tak więc wystawiamy się na promieniowania, łazimy po Hahei, wybieramy się na niedługi spacer do Cathedral Cove, plaży ozdobionej wyżłobionym przez wodę tunelem i kilkoma głazami.

Hahei-plaża

hahei-plaża Cathedral Cove New Zealand CathedralCove

Mieliśmy też okazję zapoznać się z lokalną fauną. Na kempingu czekała na nas mewa, aby wyskrzeczeć nam wszystkie swoje troski (trwało to jakąś godzinę). Po okolicznych krzakach podobno można spotkać kiwi, ale my spotkaliśmy tylko tablicę informującą nas o ich obecności.

Nowa Zelania kiwi

Następnego dnia, mając już opanowaną jazdę lewą stroną, dotarliśmy w okolice jeziora Rotorua. Moja mapa miała tam gwiazdkę pod tytułem Hamurana Springs. Na miejscu okazało się, że to absolutnie genialne miejsce. Podobno można je obejść spacerem w 30 minut, ale mam zajęło to jakieś 2 godziny. Las redwoods – czyli młode, zaledwie 100 letnie sekwoje rosnące wzdłuż przepięknej czystości, niesamowicie niebieskiej rzeki, a wśród nich paprocie. Dostałam szału fotograficznego. Laurent oświadczył, że jeśli jeszcze raz wymówię słowo paproć, to sobie coś zrobi. Odnaleźliśmy dwa źródła tej rzeki. Pierwsze z nich było widoczną wśród krystalicznej niebieskości dziurą, z której  wpływa 4 miliony litrów wody na godzinę. Drugie źródło nosi nazwę tańczących piasków: zapewne z powodu piaszczystego dna, podziurawionego mini-źródełkami, które wypływając podrywają piasek w górę i tworzą coś w rodzaju migotliwej choreografii. Magia!

Hamurana Springs New Zealand hamurana springs new zealand Dancing Sands Springs New Zealand Hamurana Springs New Zealand

 

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *