Nocny plac w Barcelonie

Barcelona – list do Brata

Drogi Braciszku,

Pytasz mnie co zwiedzić w Barcelonie, powołując się na fakt, że sama bywałam tam często i z pewnością mogę Ci polecić ciekawe adresy.

W pierwszym odruchu, chciałabym krzyknąć, że Barcelona, to jest state of mind i że gdziekolwiek się nie ruszysz, będzie super – ja tak miałam! A adres potrzebny Ci jeden – Marcina! Powinieneś wiedzieć, ze już na studiach w Krakowie Barcelona objawiała się w Marcinowej podświadomości. Skłoniła go do zagrania głównej roli w naszym filmie nakręconym wspólnie z kolegami z dziennikarstwa. Film był na pograniczu fikcji i reportażu, nosił tytuł „Bar Mleczny Barcelona” (oparty na faktach – taki bar naprawdę istniał!) i opowiadał o perypetiach człowieka, który wypytuje „szarych przechodniów” o drogę do Barcelony. Film kończy się triumfalnym obaleniem sangrii na Plantach.

Trzeba Marcinowi przyznać, ze faktycznie dotarł do tej Barcelony i myślę, ze obalił tam niejedną sangrię. Ja trafiłam do Marsylii – nasze drogi rozwijały się równolegle. Wyjechaliśmy na studia za granicę (najpierw ja), zostaliśmy tam zrobić doktoraty (najpierw Marcin), nawet poznaliśmy mężczyzn naszego życia (w podobnym czasie). To zbliża. Na początku robiłam tak: kupowałam sobie kartę w sklepie telefonicznym przeznaczonym dla Arabów, żeby sobie mogli dzwonić taniej z Francji do domu. Znajdowałam budkę telefoniczną i dzwoniłam pod numer, pod którym akurat Marcin zamieszkiwał. Odbierał najczęściej jakiś jego aktualny współlokator i dochodziło do wymiany zdań w jakiejś bliżej nieokreślonej krzyżówce języków (o przeprowadzkach i współlokatorach Marcina można by napisać książkę, ale jam niegodna – niech lepiej zrobi to on sam), najczęściej jednak wystarczało powiedzieć „Marcin” i wszystko stawało się jasne. Następnie mogliśmy sobie wisieć każde na swojej słuchawce i przez przynajmniej godzinę płakać w nią na temat tego, że wciąż nie wiemy „jak żyć”, że faceci są beznadziejni, a promotorzy są nieuchwytni. Wymienialiśmy się obserwacjami na temat otaczających nas tubylców, poszukiwania pracy i tego jak sobie radzić z pisaniem w obcym języku, na obcej klawiaturze. Pod koniec każdej takiej rozmowy dochodziliśmy do wniosku, że trzeba się spotkać, żeby obgadać te wszystkie sprawy na żywo.

Marcin i ja

Ale o czym to ja… chciałeś wiedzieć o Barcelonie. Niestety, niestety – Marcin już w Barcelonie nie mieszka i będę musiała dokonać prac wykopaliskowych w pamięci własnej oraz komputerowej (folder: foto/MyTravels/Hiszp/BCN), żeby Ci cokolwiek doradzić.

No dobra, powiem Ci jaka jest Barcelona. Problem w tym, że za każdym moim przyjazdem wszystko było jakieś inne. Za pierwszym razem siadaliśmy sobie spokojnie na jakimś placu, prosto na ziemi, z grupką znajomych, kupowaliśmy od wyspecjalizowanych panów piwo Estrella lub SanMiguel za 1 euro, wyciągaliśmy gitarę i tak do rana. Za drugim razem za granie na gitarze płaciło się mandaty, za siadanie na placach również. Przekaz był jasny: jazda do knajpek i konsumować jak Pan Bóg przykazał, a nie zakłócać ciszę nocną. Nie szkodzi, Katalończycy nie spod takich opresji się wywijali: i tak wszyscy siedzieli na placu, właściciele knajpek przymykali oko, a na gwizd wszyscy się podrywali, chowali piwo i udawali, że tylko tędy przechodzą – akurat tak długo, ile zajęło policjantom zniknięcie za skrzyżowaniem. Kolejny mój przyjazd i już nawet tego nie dało się robić. Tułaliśmy się więc po prywatnych mieszkaniach i klubach gejowskich – co też ma swój urok, zwłaszcza, gdy nagle jakiś gościu w piórach wytyka Cię palcem i wrzeszczy falsetem „zobaczcie, mamy tu jedną prawdziwą kobietę! Skąd jesteś? Z Polski? Ee, to wracaj do siebie…”

Barcelona-8

Nie mogę Ci zagwarantować, że trafisz na takie klimaty bez Marcina. Trafisz pewnie na tłumy turystów, sklepy z sukienkami flamenco w groszki i plastikowymi bykami oraz knajpy tapas za 5 euro sztuka. Ale nie szkodzi, z odrobiną dystansu uda Ci się zorganizować pobyt typical spanish. Mnie taki zorganizowano: była paella, sangria w barze, recital hitów radiowych na gitarę oraz przemarsz jakąś strasznie ważną Barcelońską ulicą, której nazwy nie pamiętam, ale za to mam z niej całą masę zdjęć. Niestety żadne z nich nie nadaje się do opublikowania, biorąc pod uwagę, że uwiecznione na nich osoby w niektórych środowiskach uchodzą za poważane (patrzę na zdjęcia i zastanawiam się jak im się to udało) i powinny zachować pozory.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Bar późną nocą
Barcelona-2

No wiec na tej ulicy jest jakiś Gaudi. Z jego architektury znajdziesz też tę sławną katedrę Sagrada Familia i ten słynny park Guell. Tak. Warto. Każdy przewodnik Ci to powie. Najlepiej po prostu zagubić się w rozlicznych uliczkach – gdzieś zawsze się dzieje coś ciekawego – to jest moja wypróbowana metoda zwiedzania oparta na nawigacji zen (jej twórcą jest Duglas Adams – polecam). W okolicach portu jest fajna gigantyczna krewetka. Poleciłabym Ci iść na tapas do „dziada” (tak go nazywaliśmy, bo tak wyglądał właściciel), bo są autentyczne, a ich twórca przy okazji promował napisaną przez siebie książkę „Chimera Nieśmiertelności” – ale chyba coś mu ten misterny biznes plan nie wyszedł, bo zamknął swój biznes i podczas ostatniej wizyty w Barcelonie już mi się go nie udało znaleźć.

Barcelona-18 DSC00693

W ogóle moja ostatnia wizyta w Barcelonie wyglądała zupełnie inaczej. Po pierwsze – pojechaliśmy tam być świadkami tego jak mój ulubiony Marcin wychodzi za mąż, a przy okazji pierwszy raz w życiu uczestniczyć w ślubie gejowskim. Pobrali się żeby móc razem wyjechać do San Francisco – jako para, gdyż Marcin dostał pracę na uniwersytecie Berkeley. Już nie narzekamy na facetów, na promotorów, ani na brak pracy. Już nic nie jest takie jak było – ale wygląda na to, że ma to swoje dobre strony, nie? Po drugie – zamiast włóczyć się z Marcinem, włóczyłam się z moim lubym Laurentem. Tak też odkryłam, że kiepski ze mnie przewodnik po Barcelonie, ale to już chyba sam zrozumiałeś? 😉

Miłej podróży Tobie i Ani życzę!

Barcelona OLYMPUS DIGITAL CAMERA Barcelona-6
[Głosów:0    Średnia:0/5]

One thought on “Barcelona – list do Brata

  1. Uwielbiam Cie Ala, i ta Barcelone, i zaszczycony sie czuje tym listem, dziekuje! 🙂 I mysle ze zupelnie niezlym przewodnikiem tez jednak jestes i to w osobisty sposob. Ale jest jedno szczesliwe sprostowanie: mityczny „Dziad” czyli Senyor Mario i jego bar l’Avia wciaz istnieje na calle de la Cera w dzielnicy Raval, i to od niego zamowilismy zakaski na nasza impreze weselna 🙂 I usiasc wieczorem na Placa del Sol w dzielnicy Gracia wciaz jeszcze sie da, mimo ze akuratnie opisalas co sie z tym stalo przez ostatnie lata, a wiec usiadzcie! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *